Harry Potter Magical Wand

niedziela, 8 grudnia 2019

Miniaturka "Pozory nienawiści"

- Pamiętaj... zawsze będę twoim przyjacielem.
Gdy odpowiedziała mu cisza, spojrzał z lekkim strachem na dziewięcioletnią dziewczynkę stojącą przed nim. Ta przyglądała się mu uważnie, a jej uśmiech był w stanie rozjaśnić najciemniejszy kąt.
- Ja twoją też.
Chwyciła chłopca za rękę.
- Na zawsze - dodała spoglądając w rozgwieżdżone niebo, które mieniło się gwiazdami jak nigdy wcześniej.
Popatrzył na nią z wyrazem zdumienia na twarzy.
- Na zawsze?
- I jeszcze dłużej, nic ani nikt nie zniszczy naszej przyjaźni Draco.
Jego imię wymówiła z takim uczuciem, z jakim nie robił tego nikt inny. I za to dziewięcioletni Draco Malfoy uwielbiał swoją przyjaciółkę. Była dla niego wszystkim tym czego nie doświadczył od rodziców, a zwłaszcza od rygorystycznego ojca. Była pogodna i uśmiechnięta, a zarazem cwana i sprytna. Dzięki niej blask wkradał się do jego życia. Jednak wiedział, że rodzice nie poprą jego znajomości z mugolką. Temu też tak skrzętnie ukrywał swoją przyjaźń z nią. Nie chciał jej stracić, tak bardzo tego nie chciał. 
Poznał ją gdy miał pięć lat, a jedna z jego ciotek zabrała go na plac zabaw, zbytnio nie interesując się tym co robi. 
Zobaczył ją gdy bujała się na huśtawce, a jej radosny śmiech roznosił się po całym placu zabaw. Po mimo wszystkich zakazów jakie wpajali mu rodzice odnośnie mugoli, nie mógł do niej nie podejść i się przedstawić. 
I tak oto spotykał się z nią na placu zabaw od czterech lat. Była jego oderwaniem od rzeczywistości. Była ciepłem, którego mu brakowało. Była sobą, a on wśród tych wszystkich gier i pozorów też taki chciał być. Ona była wolna, a go do tej wolności ciągnęło. 
Dzięki niej też zmieniło się jego postrzeganie świata, zwłaszcza czystości krwi. Nie raz widział jej krew gdy się skaleczyła i była ona taka sama jak jego. Więc czym się różniła? W czym była ona gorsza od niego? Dzięki niej zrozumiał, że w niczym. 
Jednak nigdy nie wspomniał o tej przyjaźni swoim rodzicom. Bał się, że gdy tylko się o niej dowiedzą, mogłoby się coś stać. 
I tak oto Draco Malfoy, czystokrwisty arystokrata miał jedną wielką tajemnicę. Przyjaźnił się z Hermioną Granger. 


***


- Draco! 
Usłyszał głos swojej matki, która ze zniecierpliwieniem wołała go do siebie. Gdy w końcu zdyszany wpadł do salonu, Narcyza spojrzała na niego z naganą.
- Co byś zrobił gdybyśmy właśnie gościli znajomych? A ty wpadasz tu jak burza, co tobie zupełnie nie przystoi? 
- Przepraszam matko...
Wyszeptał.
- Takie zachowanie więcej się nie powtórzy.
Skinęła głową postanawiając zakończyć na takiej reprymendzie. 
Wyciągnęła do niego rękę, w której trzymała list.
- To do ciebie.
Spojrzał na nią pytająco, a gdy zobaczył widniejącą na kopercie pieczęć szkoły, na jego twarzy zagościł wyraz dumy. Wiedział, że go dostanie, nie było innej możliwości, jednak mimo to i tak się ucieszył. 
- Bądź gotowy jutro o dwunastej. Pójdziemy po wszystkie rzeczy jakie będą ci potrzebne do szkoły. 
Skinął głową i spojrzał na matkę oczekująco.
- Możesz już iść - oznajmiła i odwróciła się by odejść. Draco zrobił to samo udając się do swojego pokoju. 

Tego samego dnia Draco wymknął się na plac zabaw. Jak zwykle pomógł mu w tym jego prywatny skrzat - Izar. Chłopiec odnosił się do niego z szacunkiem, jednak tylko wtedy gdy byli sami. Wiedział, że gdyby rodzice zauważyliby cokolwiek odmiennego w wymaganym od niego zachowaniu, miałoby to fatalne skutki.
Dlatego też postanowił sobie, że w Hogwarcie będzie wzorowym synem swoich rodziców, tak aby wreszcie byli z niego dumni. 
Jego rozmyślania przerwała nadchodząca osoba. 
Uśmiechnął się lekko do dziewczynki, jednak zaraz uśmiech zniknął z jego twarzy. 
- Hermiono?
- Coś się stało?
Powiedzieli w tym samym czasie, po czym parsknęli. 
- Mów pierwszy.
Draco przyglądał się jej badawczo. Po czym cicho westchnął. Wiedział, że nie może powiedzieć swojej przyjaciółce o magii, o Hogwarcie. Było to surowo zakazane, a złamanie tej zasady wiązało się z poważnymi konsekwencjami. 
- Wyjeżdżam... - wyszeptał, dopiero zdając sobie sprawę z wypowiedzianych słów. Już więcej nie zobaczy swojej przyjaciółki. Jego dobry humor znikł w momencie. 
Hermiona spojrzała na niego pytająco.
- Ale gdzie wyjeżdzasz? 
Spojrzał jej w oczy i ujrzał zaciekawienie, pomieszane z lękiem. Chwyciła nerwowo jeden z pukli swoich włosów i bawiła się nim, nie wiedząc co zrobić z rękami. 
- Rodzice wysyłają mnie do szkoły... 
Urwał zdając sobie sprawę z tego, że nie ma pojęcia jak wytłumaczyć to swojej przyjaciółce.
- Szkoły z internatem? - spytała zaciekawiona, a Draco odetchnął z ulgą i przytaknął.
- Tak... 
- A gdzie? Czy będziemy się jeszcze widzieć? Jak często bedziesz przyjeżdżał do domu? 
Hermiona zasypała go lawiną pytań, a on tylko się uśmiechnął. Po mimo, że czasem było to irytujące, uwielbiał gdy była taka dociekliwa. Dzięki temu nigdy się z nią nie nudził. 
- Nie wiem dokładnie gdzie jest ta szkoła, gdzieś daleko... - urwał i spojrzał na nią ze smutkiem. - Już raczej się nie zobaczymy...
Spuścił głowę w dół i spojrzał na swoje ręce. Nie chciał zobaczyć zawodu na twarzy Hermiony. Była jedyną osobą przy, której czuł się wolny, był sobą, a teraz musi ją opuścić. Gdy w końcu zdobył się na odwagę by na nią spojrzeć, poczuł jak rzuca mu się w ramiona i przytula go z całej siły. Siedział jak zamurowany. Nie pamiętał kiedy ostatni raz ktoś go do siebie przytulił. W końcu delikatnie położył ręce na jej plecach i odwzajemnił uścisk. 
Siedzieli tak przez dłuższą chwilę, a gdy się od siebie odsunęli, Draco zobaczył łzy lśniące na policzkach dziewczyny. 
- Czemu płaczesz? - spytał zmartwiony.
- To oznacza, że dzisiaj widzimy się ostatni raz tak? - wyszeptała Hermiona, nie potrafiąc się zdobyć na nic więcej jak szept. 
- Tak... - i on wyszeptał.
- Ale pamiętaj... jesteśmy przyjaciółmi na zawsze, nie ważne gdzie będziesz - po czym spojrzała mu z nadzieją w oczy.
- Na zawsze...


***


Hermiona siedziała wygrzewając się przed kominkiem, oparta o kanapę w pokoju prefektów. Nawał nauki jaki miała na szóstym roku był ogromny, jednak nic nie równało się ze stresem jaki jej towarzyszył przez ostatnie kilka lat, a nasilił w tym roku. Czuła całą sobą, że wojna się zbliża, a ona nie może temu w żaden sposób zaradzić. Dlatego też starała się jak mogła, nauczyć jak największej ilości potrzebnych zaklęć. Jednak obowiązki prefekta nie przynosiły korzyści w postaci czasu wolnego. 
Westchnęła. 
Gdyby tylko znów miała w swoim posiadaniu zmieniacz czasu... ile by on ułatwił. 
Gdy po paru godzinach nauki, powoli zaczynała przysypiać, usłyszała huk zamykanych drzwi, który od razu postawił ją do pionu. 
Jak to mówił Moody „stała czujność”. 
- Witaj Hermiono.
- Witaj Blaise - dziewczyna zdziwiła się widząc chłopaka w komnatach prefektów o tej porze. Co prawda dzieliła je również z Draco, którego Blaise był częstym gościem, ale nigdy tak późno. 
- Coś się stało? - spytała zaniepokojona.
- Właściwie to tak. Chciałbym abyś mi pomogła...
- Teraz? - spytała zdziwiona. - Jest druga w nocy Blaise... - powiedziała karcąco. - Czemu jeszcze nie śpisz? 
- Hermiono... to jest pilne - warknął zniecierpliwiony. - Nie mam czasu ci teraz tego tłumaczyć. 
Dziewczyna odpuściła sobie dalszą rozmowę z chłopakiem. Ewidentnie nie był w nastroju do rozmów.
- Prowadź...
Wyszli z jej komnat w pośpiechu, kierując się w stronę wieży astronomicznej. Z każdym kolejnym krokiem, dziewczyna miała coraz gorsze przeczucia. Nie zwracała uwagi na portrety, które szeptały zainteresowane pojawieniem się dwójki uczniów, w nocy na korytarzu. 
Nie zwracała uwagi na to czy zachowują się względnie cicho. 
Była przecież prefektem, jednym z jej głównych obowiązków było patrolowanie korytarzy po ciszy nocnej. 
Gdy byli już prawie na szczycie wieży astronomicznej, Hermiona nie wytrzymała.
- Blaise do cholery, powiesz mi co tu...
Jednak nie dokończyła zdania, ponieważ jej oczom ukazał się druzgocący widok. Stanęła jak spetryfikowana nie wiedząc co ze sobą zrobić. 
- Granger no chodź tu. Potrzebuje pomocy. Nie dam sobie sam rady... Próbowałem, ale jest coraz gorzej...
Otrząsnęła się i od razu do niego podbiegła, upadając na kolana. Nie było teraz ważne to, że jutro będzie miała siniaki, lub że będzie ją bolało. 
- Co... Co się stało...? - wyszeptała zdruzgotana. 
Wdech, wydech Hermiono. Nie czas na panikę. Zganiła się w myślach. 
Wyciągnęła różdżkę i od razu rzuciła zaklęcie diagnozujące.
- Powiedz mi wszystko co się stało Blaise. Teraz.
Chłopak patrząc na poczynania dziewczyny odetchnął z ulgą. 
- Draco został dzisiaj wezwany - Hermiona, mocniej zacisnęła zęby, dalej badając chłopaka lerzącego przed nią. - Wiesz, że dzięki temu pierścieniowi, może się teleportować skąd tylko zechce...
Pierścień Merlina... westchnęła. Tyle jej nie mówił.
- Umówiliśmy się, że będę na niego czekał, tutaj na wieży. Jednak gdy dochodziła godzina pierwsza, zacząłem się trochę stresować, nie powiem - głos Zabiniego zadrżał. Spotkania z Tym Którego Imienia Nie Wolono Wymawiać niewątpliwie nie należały do najmilszych.
- W końcu się pojawił... jednak gdy się tu teleportował od razu zemdlał. Starałem się jak mogłem zatamować krwotoki i uleczyć różne złamania - mówił chaotycznie i szybko. - Niestety nie potrafiłem. Nie mam zbyt obszernej wiedzy w tym zakresie... Gdy tylko udało mi się go choć trochę ustabilizować, pobiegłem po ciebie.
Spojrzał na nią z nadzieją. Tylko ona mogła teraz coś zrobić i dobrze o tym wiedziała. 
Skrzydło szpitalne odpadało na wstępie, nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Absolutnie nikt. 
- Hermiono... wiem, że ostatnio się nie dogadywaliście - prychnęła słysząc te słowa. Nie dogadywali to mało powiedziane. Odkąd przybyła do szkoły, oboje nie potrafili wyjść ze zdziwienia, że jednak się widzą. Że ich przyjaźń nie skończy się na tamtym placu zabaw. 
Jednak Draco wiedział, że nikt nie może się o tym dowiedzieć. Byłby zniszczony, a ona tego nie chciała. Więc przez cały czas ukrywali przed światem swoją przyjaźń, jednak ostatnimi czasy odsunęli się od siebie. Hermiona nie mogła pogodzić się z tym, że Draco jest w szeregach Czarnego Pana.
- Ale proszę pomóż mu jakoś... - z zadumy wyrwał ją głos Blaise’a.
Odetchnęła głęboko. Zerknęła na poharatanego chłopaka i wiedziała, że w jego stanie nie można tracić czasu na głupie rozmowy.
Wyczarowała nosze i delikatnie prze lewitowała na nie chłopaka. Nie oglądając się za siebie, warknęła na Blaise'a.
- Osłaniaj nas. Nikt nie może widzieć jak przenoszę go do naszego pokoju w takim stanie.
On tylko skinął głową z roztargnieniem, na znak, że rozumie. Jednak dziewczyna przed nim nie miała możliwości, zobaczyć tego gestu więc szybko odpowiedział.
- Oczywiście, a ty...
- Nie Blaise, nie mogę. Całą moją magię skupiam aktualnie na tym aby utrzymać jego funkcje życiowe w jakimkolwiek stanie.
Nie odzywając się więcej do siebie przemierzali zamek w absolutnej ciszy. Każde pochłonięte własnymi myślami. Nim się spostrzegli byli już pod pokojem prefektów. Szybko skierowali się w stronę jej pokoju. Blaise spojrzał się na nią zdziwiony.
- Draco obłożył swój pokój wieloma zaklęciami po tym jak się pokłóciliśmy. Zresztą ja tak samo...
Westchnęła i przeszła przez próg, a Blaise poczuł mrowienie na skórze. Zorientował się szybko, że to magia Hermiony, która odpowiadała za blokadę, zaakceptowała jego wejście.
Hermiona położyła Draco na swoim łóżku i zaczęła zasklepiać nowo pootwierane rany. Zmęczonym wzrokiem spojrzała na Blaise'a.
- Możesz iść Zabini. Więcej tu nie pomożesz, a przynajmniej jedno z nas musi być rano wypoczęte.
Uśmiechnęła się słabo.
- Ja postaram się zrobić tyle ile w mojej mocy by mu pomóc.
Blaise spojrzał na nią smutno.
- Dziękuję Hermiono, dobrze wiem, że nie musiałaś mi przy nim pomagać...
- Blaise... - uciszyła go. - To, że teraz ze sobą nie rozmawiamy, nie oznacza, że mam mu nie pomóc, jeśli coś się stanie. Był moim przyjacielem przecież...
Wyszeptała i spojrzała na leżącego na jej łóżku chłopaka.
- Wiem... i chociaż później nie przyznawał tego głośno ty też byłaś dla niego bardzo ważna...
To dla ciebie wplątał się w to wszystko... wyszeptał w myślach. Gdyby ona tylko o tym wiedziała.  Ostatni raz spojrzał na Hermionę i wyszedł z pokoju.
Gdy upewniła się, że Blaise opuścił ich komnaty, z jej twarzy opadły wszystkie możliwe maski.
- W co ty się wplątałeś Draco... W co?


***


Minął miesiąc odkąd Draco wrócił do zamku nieprzytomny.
Minął miesiąc od kiedy Hermiona opuściła się w nauce i podupadła na zdrowiu, twierdząc, że ma się wyśmienicie.
Minął miesiąc od kiedy okłamała Dumbledora, iż młody Malfoy został wezwany do domu z niewiadomych przyczyn.
Minął miesiąc, a Draco cały czas się nie budził.
Hermiona spojrzała na chłopaka leżącego w jej łóżku. Wyglądał jakby spał. Udało jej się zaleczyć wszystkie możliwe rany, oraz pozbyć się paru nieznośnych klątw, jednak to nie było wszystko czym oberwał Malfoy. Najgorszą z nich była klątwa nieznanego jej pochodzenia, która najprawdopodobniej powodowała zapadnięcie w śpiączkę, wyniszczając osobę od środka najczarniejszym koszmarami i wizjami. Doszła do takich wniosków po tym jak Draco pewnego razu zaczął mamrotać, a ona myśląc, że zaczyna się budzić, ożywiła się jak nigdy wcześniej. Gdy zorientowała się, że chłopak się nie budzi, a mamrocze jeszcze bardziej, nie wiedziała co ma robić. Żadne zaklęcia nie działały, a ona denerwowała się jeszcze bardziej, po chwili która dla niej była wiecznością usłyszała przepełniony bólem i agonią krzyk, który zmroził jej krew w żyłach. Trzęsąc się cała, dopadła do jego łóżka, krzycząc by się obudził. Nic nie pomagało, a ona siedząc przy jego łóżku chwyciła kurczowo jego rękę. Łzy popłynęły po jej twarzy.
- Dasz radę Draco... przetrwasz to... rozumiesz?
Szeptała jak mantrę, a on uspokoił się dopiero po paru godzinach. Takie sytuacje powtarzały się dość często, a Hermiona ledwo wytrzymywała je psychicznie.
Jednak tym razem było inaczej. Tym razem wiedziała co ma robić.
Kiedy nie pilnowała Draco, spędzała czas w bibliotece szukając jakiegoś rozwiązania. Dzięki temu natrafiła na pewien stary, już przez większość zapomniany rytuał.
Mogła dużo stracić, jednak nie liczyła się z konsekwencjami, chciała by wszystko wróciło do czasów sprzed wypadku.
Rzuciła na ich komnaty, każde możliwe zaklęcie blokujące, wyciszające i tarczy, jakie tylko znała. Nie mogła pozwolić by cokolwiek ją rozproszyło.
Usiadła na brzegu jego łóżka, delikatnie odsuwając kosmyki jego włosów z czoła.
- Chwila prawdy Draco... dzisiaj już powinieneś do nas wrócić... - westchnęła. - Tęsknię za tobą wiesz? Nie sądziłam, że będzie mi ciebie tak brakować Draco... - powiedziała miękko, po czym wstała, by usiąść na ziemi przed łóżkiem.
- Ego Testor de anima mea, Non ego autem unius horae tentationis. (tł. Przysięgam na duszę, nie oprę się pokusie.)
Świece w pokoju przygasły, a później zapaliły się pełnym blaskiem.
- Rogo autem vos mihi testimonium reddit actum ad vivorum et mortuorum. (tł. Wzywam was, żywi i umarli na świadków mego czynu. )
Chwyciła sproszkowany róg jednorożca i rzuciła przed siebie, zaczął wirować wokół niej, wręcz w majestatycznym tańcu.
- Et ego dabo vobis Draco quod capta essent. (tł. Draco oddaję ci, to co ci zabrano.)
Magia zaczęła krążyć po pokoju, szukając ujścia.
- Ad conteram execratione maledicta congessit. (tł. Klątwę czas już złamać.)
Klątwa, która ciążyła na Draco zaczęła z niego uchodzić. powodując krzyk chłopaka. Hermiona chciała do niego podbiec lecz wiedziała, że wtedy cały rytuał skończy się dla nich tragicznie.
- At meum sanguinem ac devotione compensetur. (tł. Na mą krew i oddanie.)
Chwyciła nóż i przecięła sobie skórę na dłoni, nie minęła chwila, a krew zaczęła skapywać na podłogę.
- Do tibi partem te. (tł. Oddaję ci część siebie.)
Wstała i otumaniona magią chwiejnym krokiem podeszła do leżącego na łóżku Draco. Wyciągnęła nóż i najdelikatniej jak potrafiła zrobiła nacięcie na jego dłoni. Chwyciła jego dłoń w swoją, a ich krew się zmieszała.
- Magis non perveniant. (tł. Więcej nic cię nie dosięgnie.)
Magia szalała, a  Hermiona ledwo trzymała się na nogach, jej powieki zaczęły ciążyć, choć usilnie starała się z nimi walczyć.
- Quia anima mea custodiat te. (tł. Gdyż ma dusza strzec cię będzie.)
Gdy wypowiedziała ostatnią sekwencję, z jej gardła wydobył się przeraźliwy krzyk. Po czym upadła bez życia, na podłogę obok łóżka.
Zapanowała przeraźliwa cisza, by po chwili wszystko w pokoju zaczęło wirować. Magia skumulowana w pokoju uderzyła w leżącego na łóżku Draco.
Chłopak podniósł się zdyszany. Zdezorientowany rozejrzał się po pokoju, w którym się znajdował. Dopiero po pewnej chwili w zdemolowanym pomieszczeniu, rozpoznał pokój jego współlokatorki. Tylko co on w nim robił i dlaczego wyglądał on jak pobojowisko? A przede wszystkim gdzie jest Hermiona?
Powoli zwlekł się z łóżka z zamiarem dojścia do drzwi, jednak zanim to zrobił potknął się o coś i przewrócił.
Zaklął cicho pod nosem i spojrzał o co się potknął. Nagle głos uwiązł mu w gardle, gdy zobaczył na ziemi trupio bladą dziewczynę. Uklęknął obok niej próbując ją obudzić.
- Granger... obudź się do cholery... - jednak dziewczyna ani drgnęła, Draco pospiesznie sprawdził puls na jej nadgarstku, był ledwo wyczuwalny, ale był. Odetchnął z ulgą, jednak zaraz w jego oczy rzuciła się plama krwi, która powstała przy drugiej ręce. Chwycił jej nadgarstek i zauważył na jej dłoni głębokie podłużne nacięcie.
- Coś ty... - urwał gdy zauważył, że jego prawa ręka też krwawi. Odwrócił ją i spostrzegł, że on też ma nacięcie, jednak o wiele delikatniejsze i nie tak głębokie jak dziewczyna. Nie myśląc wiele poderwał Hermionę z ziemi i położył na łóżku. Po czym rozejrzał się gorączkowo po pokoju, a elementy układanki zaczęły się powoli układać w całość.
- Hermiono... coś ty narobiła... - spojrzał na księgę leżącą w koncie pokoju, na rozsypany po podłodze sproszkowany róg jednorożca. Gdy podszedł w stronę księgi, od razu się odsunął rzucając szybkie spojrzenie w kierunku dziewczyny.
- Kuźwa Hermiono... przecież to najczarniejsza, czarna magia... - zamyślił się na chwilę. - A sproszkowany róg jednorożca należy do najniewinniejszego i najczystszego zwierzęcia... - szeptał myśląc gorączkowo.
- Do czego potrzebowałaś tak czarnej magii i tak czystej magi tego zwierzęcia?
Nie potrafił znaleźć odpowiedzi na zadane sobie pytania.
- Blaise... - wyszeptał i posłał patronusa po przyjaciela.
Minęło z pół godziny zanim ten zjawił się przed komnatami, a drugie piętnaście zanim Draco pościągał wszystkie możliwe zabezpieczenia z komnat.
- Blaise do cholery co tu się kuźwa dzieje? - tymi słowami przywitał Draco kolegę.
Blaise stanął jak wryty widząc całego i zdrowego przyjaciela.
- Draco jak się cieszę, że żyjesz... - Malfoy spojrzał na niego skonsternowany.
- Myślałem, że... że nie przeżyjesz. Jednak Hermiona wychodziła z siebie by Cię uratować. Przez większość czasu nie pozwoliła mi Cię odwiedzać, zamykając wasze komnaty na wszystkie możliwe sposoby.
Draco stał zdziwiony.
- Nie rozumiem Zabini... wytłumacz mi wszystko od początku...
Gdy Blaise opowiadał co się działo od momentu gdy znalazł go na wieży astronomicznej, Draco otwierały się coraz szerzej oczy. Był w śpiączce ponad miesiąc.. Jednak jego rozmyślania przerwał cichy głos.
- Draco... - odwrócił się gwałtownie i zdążył zauważyć jak Hermiona osuwa się na ziemię, w mgnieniu oka znalazł się obok niej, prowadząc dziewczynę na kanapę.
- Coś ty sobie myślała głupia... dlaczego to zrobiłaś?
Spytał i spojrzał na ledwo kontaktującą dziewczynę, nie wachając się ani chwili przytulił ją do siebie.
- Jesteś głupia wiesz? Jednak... nawet nie wiesz jak ci dziękuję... - wyszeptał, mając świadomość, iż
może tego nie słyszeć.
Rozejrzał się po pokoju i zauważył, że Blaise zdążył już wyjść, a tak liczył na jakieś dodatkowe wyjaśnienia.
- Ty zrobiłbyś dla mnie to samo... - wyszeptała cicho, a on spojrzał w jej wymęczone, jednakże szczęśliwe oczy.
- Tak - odpowiedział poważnie. - Zrobiłbym to samo... ponieważ... - zawahał się. Jednak gdy tak patrzył w jej oczy, wiedział, że nie mógłby bez niej żyć i w końcu się odważył.
- Ponieważ cię kocham... kocham cię od dziecka... zakochałem się w tobie, w tym parku i nie potrafiłem przestać... - wyszeptał, spuszczając wzrok. - Wszystko co robiłem, robiłem po to byś była bezpieczna... wtedy gdy wróciłem nieprzytomny... potraktowali mnie tak ponieważ, sabotowałem jeden z ich planów dotyczących ciebie. Chcieli cię dopaść by zniszczyć Pottera, a ja nie mogłem na to pozwolić - odetchnął. - Wydaje mi się, że odesłali mnie z powrotem bo myśleli, że i tak umrę...
Hermiona słuchała w ciszy. Podczas tego miesiąca zdążyła się domyśleć, że zrobił coś nie po myśli śmierciożerców, inaczej przynajmniej jego rodzice by się nim zajęli. Jednak nie przypuszczała, że cała ta sprawa dotyczy jej.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko, a grymas przebiegł po jej twarzy. Ciągle odczuwała skutki tego rytuału.
- Też cię kocham Draco... - wyszeptała miękko, po czym przymknęła oczy i straciła świadomość.



KONIEC

Czytacie ---> Komentujecie!  
Bardzo zależy mi na waszej opinii! :)










piątek, 12 maja 2017

Miniaturka I "Wybór"

Chaos, burze myśli, krzyki, wzmagający się wiatr...
W ciemności na skraju dróg stoimy my. 
Obydwoje po tej samej stronie. 
Drogi przed nami będą ostatnim naszym wyborem.
W lewo - osobno, prosto - razem, w prawo - osobno.
Teraz musimy zdecydować co dalej.
Czy warto iść prosto?
Czy przeżyjemy osobno?
To od nas zależy co dalej wybierzemy.
Ale czy dobrze?
Czy nie będziemy potem tego żałować?
Zostaliśmy ofiarami czasu, własnego losu.
Zaklęci w tej czasoprzestrzeni, dokonujemy najważniejszego w naszym życiu wyboru.
Tyle myśli...
Tyle za i przeciw.
Jeden wybór decydujący o dalszych losach.
Te kilka miesięcy było wspaniałe, żałować tego czasu nie będzie żadne z nich.
Bo te chwile zapiszą się w ich historii.
Tej samej, a jednak tak różnej.
Czy to wspaniałe, kolorowe życie może trwać wiecznie?
Czy miłość przebrnie przez tą decydującą próbę?
Czy wyjdzie jako zwycięzca, a może jako przegrany, zależy tylko od nich.
Od tych dwóch dusz bezgranicznie w sobie zakochanych.
Los rzucał im pod nogi ciernie i kłody, lecz oni pokonywali wszystkie te przeszkody.
Razem, a może osobno.
To ta chwila.
Potem nie będzie odwrotu.
Nie będzie drogi powrotnej.
Ich los zależy od nich samych.
Próba, którą wiele związków nie przetrwało, a tylko część pokonało.
Jeśli nie wiedzieli, to już wiedzą.
Wybór został dokonany.
Niepewnie robią krok w przód, a potem nie oglądając się za siebie idą pewniej na wybraną przez nich drogę.
Z niepewnością odwracają się w swoją stronę.
Lekka ulga, wybrali to samo.
Lecz zaraz nadchodzi smutek i rozpacz, to już koniec.
Sami o tym zdecydowali wybierając dwie różne drogi.
Ona poszła w prawo, a on w lewo.
Nie prosto, nie razem, tylko osobno. 
Takie życie wybrali, sami w przyszłości będą na siebie przeklinali.
Niepewnie patrzą sobie w oczy, nie ma w nich nic co ich zaskoczy.
Są odzwierciedleniem ich własnych.
Smutnych, zrozpaczonych, udręczonych przez los oczu.
Osobno...
To słowo rozbrzmiewa echem w głowie obydwu.
Raniąc doszczętnie ich już i tak poranioną duszę.
Ale tak wybrali, wybrali ponieważ się bali.
Po mimo tych cudownych miesięcy razem, bali się odrzucenia.
Bali się wyznać drugiej osobie co czują, bo nie byli pewni czy nie zostaną wyśmiani, odrzuceni.
Tak niepewni swych uczuć wybrali życie bez siebie.
Szare.
Bezbarwne.
Bo to co nadawało mu kolor teraz znika już na zawsze.
Znika bo nie byli pewni.
Nie usłyszeli z ust drugiej osoby dwóch słów.
Słów które może już nigdy nie będą przez nich wypowiedziane.
Kocham cię...
Czasem wystarczą tylko czyny, nie potrzeba słów, lecz oni chcieli mieć tą pewność, tą która teraz ich rozdzieliła, zgubiła.
Odwracają się i podążają w dwie różne strony.
Już osobno i nigdy razem.
Łzy spływają po policzkach zrozpaczonej dwójki.
To koniec, to naprawdę koniec.
- Kocham cię...
To były ostatnie słowa przez nich wypowiedziane, a choć wiatr bardzo chciał nie doniósł słów tych na czas.
Zawył tylko żałośnie.
- Hermiono! Draconie!


_____________________________



Czytacie -------> Komentujcie

Bardzo chciałabym poznać waszą opinię! 

środa, 8 czerwca 2016

Miniaturka "Prawda otwiera oczy..."

Huk zamykanych drzwi przerwał ciszę jaka panowała w domu. Westchnęła i przymknęła oczy ukrywając twarz w dłoniach. Coraz częściej zdarzało się, że mama wracała w kiepskim humorze, zamykała się wtedy w pokoju i nie chciała nikogo do niego wpuścić. Dziewczyna już dawno odpuściła sobie jakiekolwiek próby dowiedzenia się co spowodowało obecny stan matki. Po mimo usilnych starań milczała ona jak grób, ledwo ukrywając łzy jakie wtedy pojawiały się w jej oczach. Czuła się wtedy taka bezsilna, raz nawet poszła do ojca jednak ten zbył ją machnięciem ręki, mówiąc, że matce przejdzie i żeby się niczym nie przejmowała. 
Jednak taki stan rzeczy utrzymywał się już od dłuższego czasu. 
Spojrzała przez okno przypominając sobie wszystkie te szczęśliwe chwile jakie z nimi spędziła, zanim coś ewidentnie zaczęło się psuć. Mogli ją zbywać lecz wiedziała swoje, coś się działo, a oni nie mieli zamiaru jej powiedzieć co. 
Zacisnęła usta. 
Spróbuje. 
Ten jeden, ostatni raz. 
Może tym razem otrzyma odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Wstała z łóżka i skierowała się w stronę schodów prowadzących do salonu. 
Przeszła obok lustra i zatrzymała się w pół kroku. Wypuściła cicho powietrze i spojrzała na swoje odbicie. Na to, co za każdym razem widzi rano w lustrze też nigdy nie dostała odpowiedzi. Pytając się dlaczego ich nie przypomina zbyli ją byle czym, jednak dla niej stanowiło to jedną wielką zagadkę. Jej długie falowane blond loki w niczym nie przypominały tych prostych rudych włosów mamy czy kruczoczarnych taty. Nawet jej młodsze rodzeństwo było wypisz wymaluj kopią, któregoś z rodziców. Jednak ona odstawała od reszty. 
Przyjrzała się uważniej. To co ją zawsze najbardziej fascynowało to jej oczy. Takie różne od oczu rodziców, a zarazem takie niespotykane. Obramowanie miały ciemno brązowe, a do źrenicy przechodziły w jasny niebieski. 
Stała by dalej zamyślona gdyby nie hałas jaki dobiegł ją z salonu. Cicho tak jak tylko umiała zeszła po schodach i usiadła na ostatnim stopniu.
- Jak tak możesz! - usłyszała krzyk swojej matki, zmarszczyła brwi. Nie pamiętała kiedy ostatni raz krzyczała czy choćby podniosła głos, jakby nie patrzeć ostatnio praktycznie w ogóle się nie odzywała. - Nie wierzę po prostu nie wierzę!
- O co ci znowu chodzi? - odpowiedział spokojnym, wręcz zmęczonym głosem jej ojciec.
- O co? O co?! Ty dobrze wiesz o co! - warczała. - Jesteś tchórzem! Pieprzonym tchórzem!
Harry wstał z fotela i stanął na przeciwko swojej żony.
- Nie, nie mam bladego pojęcia co sobie tym razem ubzdurałaś. - I on zaczął podnosić głos. Emily siedząca w tym czasie na schodach nie mogła wyjść ze zdziwienia, jej rodzice nigdy się nie kłócili. A teraz wręcz skakali sobie do gardeł.
- Co sobie ubzdurałam?! Co?! Zgadnij wielki panie Potterze jeśli się nie domyślasz gdzie dziś byłam. Hmmm? Jakieś pomysły czy może też nie wiesz? - Jawnie z niego drwiła, w tej chwili Ginny Potter straciła ostatnie resztki swojej cierpliwości do męża i jego wręcz dziecinnego zachowania. 
Chłopak zacisnął dłonie i posłał żonie ostrzegawcze spojrzenie.
- Nie zaczynaj znowu tego...
- Tego czego!? Co? Mam już do jasnej cholery dość tego jak się zachowujesz. Jak rozkapryszony dzieciak bez sumienia. Jakbyś był tchórzem, zwykłym marnym tchórzem, który boi się nawet własnego cienia...
- Ginny...
- No co Ginny? No co?! Mówię to co widzę! Minęło już 14 lat... 14 lat Harry... - jej głos trochę przycichł, by znów powrócić z mocą. - Ale nie, nie odwiedziłeś jej ani razu! Ani jeden jedyny pieprzony raz! Ona by tak nie zrobiła. Pamiętałaby o tobie wiesz? Nie byłoby dnia by do ciebie nie przyszła. A ty... a ty nie zdobyłeś się na to ani razu, zostawiłeś swoją najlepszą przyjaciółkę na pastwę losu. Myślałam, że potrzebujesz czasu... Jednak myliłam się. Tak łatwo było ci o niej zapomnieć co?
Już nie krzyczała, każde jej słowo było przepełnione smutkiem, złością i goryczą. A Harry stał tylko i się na nią patrzył. Oboje nie zdawali sobie sprawy z podsłuchującej ich czternastolatki. Która robiła wszystko by usłyszeć jak najwięcej, miała nadzieję, ze w końcu dowie się o co w tym wszystkim chodzi.
- I co? Nic nie powiesz? Nagle odebrało ci mowę hmm?
- Ty nic nie wiesz! - wybuchł Potter. - Nie masz o niczym pojęcia!
- To mi to wytłumacz do cholery! Wytłumacz mi czemu cały czas siedzisz tu, a nie z nią! Mógłbyś choć raz zainteresować się co u niej! Wiesz kiedyś... na samym początku się o ciebie pytała, a ja co? Co miałam jej mówić?! Że jesteś zbyt zapracowany i nie masz czasu by odwiedzić swoją najlepszą przyjaciółkę?! Kłamać jej cały czas w oczy i patrzeć jak stara się zamaskować ból, lekkim uśmiechem? Czy ty masz serce?!
Harry opadł na kanapę obok i ukrył twarz w dłoniach. Westchnął cicho.
- A co miałem zrobić? No co? Straciłem już Rona, a teraz... teraz gdybym tam do niej poszedł, nie mógłbym żyć w złudzeniu, że i ona żyje gdzieś i ma się dobrze. To by było za wiele...
Ginny usiadła obok niego. I spojrzała w te ukochane tęczówki teraz przepełnione strachem i bólem.
- Wiem, że ci ciężko, lecz nie sądzisz, że czas już dorosnąć do tego by się z tym pogodzić? Nie sądzisz, że czas skończyć żyć złudzeniami? Jesteś masochistą. Starasz się żyć myśląc, że ma się dobrze, a tymczasem dziewczynka, która jest prawie jej kopią mieszka z nami pod jednym dachem i nawet jeśli byś chciał nie przekonasz siebie... Dobrze o tym wiesz... Zrób coś, pójdź do niej odwiedź ją. Cokolwiek. Jeśli chcesz pójdę z tobą.
- Gin to nie jest takie łatwe... Tak po prostu pójdę do niej i co powiem? Że wreszcie znalazłem dla niej czas? 
Załamał ręce. Czuł się tym wszystkim przytłoczony. Ginny spojrzała na niego, a w jej oczach pojawiły się łzy, które usilnie starała się powstrzymać.
- Nie musisz nic mówić... - wyszeptała, a chłopak poderwał głowę i się jej przyjrzał. Teraz już nie kryła łez. - Ostatnio przestała mnie poznawać... za każdym razem gdy do niej przyjdę pyta się kim jestem, a jej stan gwałtownie się pogarsza... lekarze starają się robić co mogą lecz ona umiera... Umiera Harry? Rozumiesz? - I się rozpłakała, a Potter zszokowany jedynie ją przytulił i sam zaczął cicho płakać. Jednak spóźnił się. Za późno zrozumiał jak wielkim był egoistą, a teraz za to płaci. Jednak nie zastanawiając się zbyt wiele podjął decyzję, którą powinien podjąć już dawno.
- Pójdę do niej. 
Po tych słowach nastała kompletna cisza.
- Dzisiaj. 
I w tej chwili siedząca na schodach dziewczyna pobiegła najciszej jak się dało do swojego pokoju. Oparła się o zamknięte drzwi i zaczęła analizować wszystko co usłyszała. Jednak dla niej to i tak było za mało, zbyt wiele rzeczy nie trzymało się kupy, a ona za wszelką cenę musiała się dowiedzieć wszystkiego. Jednak najbardziej ciekawiło ją to dlaczego wspominali o niej... Usłyszała rodziców, krzątających się po korytarzu, zapewne wychodzili do tej przyjaciółki taty... I w jednej chwili podjęła decyzję. Rzuciła na siebie zaklęcie wyciszające, a później kameleona. Nie zwracała uwagi na to, że nie może czarować poza Hogwartem. Ten jeden jedyny raz postanowiła złamać zasady.
Wychodząc z pokoju szepnęła do siebie.
- Tylko w ten sposób mogę poznać prawdę.
Zbiegła po schodach i w ostatniej chwili chwyciła się szaty mamy, po czym zniknęła razem z nimi. 
Nie lubiła teleportacji, było to strasznie nieprzyjemne uczucie. Gdy wylądowali na miejscu szybko odsunęła się od rodziców tak aby nic nie zauważyli. Jednak oni niczego nieświadomi poszli przed siebie, a zdezorientowana dziewczyna za nimi. Nie miała pojęcia czemu akurat znaleźli się w świętym Mungu. Czyżby się pomyliła i jednak rodzice szli zupełnie gdzie indziej?
Nie to niemożliwe, ona się nie myli.
Szła za milczącymi jak grób rodzicami i z ciekawością rozglądała się dookoła siebie. Jeszcze nigdy nie była w tej części szpitala. Widziała pełno kręcących się tu ludzi, co chwilę jakiś lekarz przemykał od jednej sali do następnej. Widziała smutek na twarzach rodzin, nadzieję, a czasem radość i łzy. Fascynowało ją to ile sił poświęcają magomedycy by pomóc tym wszystkim ludziom. Ile trudu, a zwłaszcza swojego czasu. Zdawała sobie sprawę jak bardzo wymagająca jest ta praca, jaka wisi na niej odpowiedzialność i nie mogła wyjść z podziwu dla nich wszystkich. 
W ostatniej chwili otrząsnęła się i zatrzymała krok za rodzicami, którzy spięci stali na przeciwko drzwi. Zaciekawiona przeczytała tabliczkę zamieszczoną obok drzwi i zdziwiła się gdy zobaczyła na jakie piętro trafili. 


Piętro IV "Urazy pozaklęciowe: Oddział intensywnej terapii"


Wciągnęła głęboko powietrze. Nie miała pojęcia co może spotkać ją za tym drzwiami. Lecz zdawała sobie sprawę, że jedną z tych rzeczy na pewno będzie prawda.
-Harry... 
Wyszeptała Ginny i chwyciła lekko rękę swojego męża.
- Wszystko będzie dobrze zobaczysz. - Uśmiechnęła się pokrzepiająco i popchnęła drzwi. Ich oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie z wielkim lustrem weneckim. 
Emily widząc to uświadomiła się w przekonaniu, że to nie jest zwykła sala, dla zwykłego pacjenta.
Tymczasem Harry spojrzał pytająco na Ginny. Ta tylko westchnęła i zaczęła mu wszystko wyjaśniać.
- Jak widzisz nie jest to zwykła sala. Niestety... niestety Hermionie zdarzały się eee... pewne ataki. Podczas, których wpadała w szał, nie poznawała nikogo i niczego. Lekarze twierdzą, że mogą to być kolejne skutki mieszanki klątw...
- Chwila - wtrącił Harry. - Jaka mieszanka klątw? O czym ty mówisz Ginny?
Spytał ze strachem i omiótł pomieszczenie czujnym wzrokiem.
- Hermiona... ona oberwała więcej niż jedną klątwą... Widocznie zanim została znaleziona jej oprawcy się nad nią znęcali. I dobrze wiedzieli co robią. - Zamilkła na chwilę i przymknęła oczy, gdy ponownie je otworzyła widać było w nich rozgoryczenie. - Oni chcieli ją do takiego stanu doprowadzić. Do gorszego niż ten, w którym znaleźli się Longbottomowie. I udało im się... Lekarze nie wiedzą, nie znają dokładnie wszystkich klątw, które ją trafiły. Niektóre z nich mają powolne działanie i ukazują się z czasem. Po to jest to pomieszczenie, aby lekarze mogli kontrolować jej stan i widzieć ją nie musząc wchodzić do pomieszczenia... Czasem... czasem jest ona strasznie agresywna...
Odwróciła się od chłopaka i podeszła do lustra. Hermiona w tej chwili spała spokojnie zapewne po jakiś lekach.
- Ona umiera Harry - wyszeptała cicho, jakby bojąc się tych słów. - Z dnia na dzień jest gorzej, nie poznaje już nawet mnie wiesz? - Odwróciła się do niego i uśmiechnęła smutno, powstrzymując łzy.
- Jak... jak chcesz możemy do niej wejść. Może... może ciebie pozna, może to coś da...
Szeptała z nadzieją, nie wiedząc że Emily stoi obok niej i wsłuchuje się w każde wypowiedziane słowo. Z coraz większym szokiem przyglądając się kobiecie która leżała na łóżku za lustrem. Kiedyś musiała być piękna... przeszło jej przez myśl. Miała ona skołtunione, wręcz matowe włosy. Brąz... to musiał być brąz, wyobraziła sobie kobietę właśnie w takim wydaniu. Żywą, uśmiechniętą. Lecz nie potrafiła dopasować jej koloru oczu, każdy wydawał się niewłaściwy. Westchnęła. Wciąż nie miała pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, lecz powoli, powoli coś ruszyło do przodu. Teraz tylko czekać na jakiś rozwój akcji. Patrzyła jak jej rodzice, starając się nie robić zbędnego hałasu, wchodzą do pomieszczenia. Usiedli na krzesłach niedaleko jej łóżka, każdy przeżywając to inaczej.
Emily obawiała się, że nie będzie nic słyszeć, jednak rozumiała ich każde nawet najciszej wypowiedziane zdanie. 
Po czasie kobieta zaczęła się budzić, otworzyła oczy, w których ziała pustka i nienaturalne zmęczenie. 
Jak czekolada... przemknęło dziewczynce przez myśl. Oczy koloru ciepłej czekolady... Teraz tak puste, bez emocji budziły dreszcz na plecach.
Kobieta ze strachem rozejrzała się po pomieszczeniu. Wyglądała jak zaszczute zwierzę pragnące uciec.
- Hermiono... - wyszeptała Ginny. - Pamiętasz mnie? - spytała z wręcz namacalną nadzieją w głosie. Ta spojrzała na nią rozbieganym wzrokiem. I wypaliła:
- Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? Zostaw mnie w spokoju słyszysz?! Zostaw!!! - zaczęła krzyczeć i się wierzgać, wtedy Emily zobaczyła pasy na rękach i nogach, przytrzymujące kobietę, aby nie mogła uciec. To było przerażające, widziała swoją matkę załamującą ręce i już nie powstrzymującą płaczu, który wstrząsał jej ciałem.
Tymczasem Harry siedział jak spetryfikowany, nie miał pojęcia jak się zachować, co powiedzieć. W końcu odchrząknął cicho, zaznaczając swoją obecność w pomieszczeniu. 
Hermiona spojrzała na niego, jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, a później zaczęły ciskać gromy w jego stronę.
- Pamiętam cię! - krzyknęła, jednak nie dała długo nacieszyć się Harremu tymi słowami. - To ty mnie zostawiłeś! Zapomniałeś o mnie! Nienawidzę cię! Nienawidzę! Nienawidzę! Nienawidzę! 
- Hermiono proszę... - wyszeptał płaczliwym głosem, a ona zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, do czasu aż wpadli lekarze i ich wyprosili. 
Stali w małym pomieszczeniu nie wiedząc co ze sobą zrobić.
- To moja wina...- wyszeptał cicho. Emily po raz pierwszy widziała ojca w tak złym stanie, stał przed nią zupełnie inny człowiek, w tamtej chwili go nie poznawała. Cały roztrzęsiony, ze łzami w oczach, oraz wielkim bólem wypisanym na twarzy. 
- Nie Harry... to niczyja wina, nie mogliśmy nic zrobić - powiedziała Ginny i mocno się do niego przytuliła.
Emily spojrzała na nich przelotnie i z pewnym zawodem stwierdziła, że dzisiaj już raczej nic sensownego się nie dowie, a tak bardzo na to liczyła. Spojrzała przelotnie na pomieszczenie, w którym znajdowała się kobieta, aktualnie uspokajana przez lekarzy. Po pewnym czasie podali jej leki uspokajające. Nic innego niestety nie działało. 
Współczuła jej. Lecz wciąż nie rozumiała, jaki to wszystko może mieć związek z nią... Chyba, że... nie, ona nie mogła się przesłyszeć. 
Zastanawiała się jak długo jeszcze tu będą. Jej mama pocieszała załamanego i zrozpaczonego tatę, szepcząc mu coś do ucha i przytulając go mocno do siebie, a ona nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Może to nie był taki dobry pomysł, aby tu przyjść... pomyślała cicho.
Jednak w tym momencie do sali wszedł pewien mężczyzna, Emily widziała go po raz pierwszy w swoim życiu, lecz mimo to od razu mogła stwierdzić, że wiele przeszedł. Zgarbiona sylwetka, włosy w kompletnym nieładzie i te cienie pod oczami... 
Nie zwracając na nikogo uwagi wpadł do sali jak burza, siadając szybko na krześle obok Hermiony. Chwycił ją za rękę ściskając mocno, tak jakby zaraz miała mu uciec.
Jednak obserwowanie ich, przerwało dziewczynie poruszenie jakie wywołał jej tata.
Harry Potter stał powstrzymywany przez żonę aby nie zrobił nic głupiego. 
- Harry kochanie... usiądź spokojnie.
On tylko gniewnie zwęził oczy i wycedził przez zęby:
- C-O O-N T-U R-O-B-I?
- Harry proszę cię.
- Nie Ginny, nie będę siedział spokojnie do puki nie dowiem się co on tam robi...
- Do puki nie usiądziesz to ci nic nie powiem! - stwierdziła buntowniczo i usiadła na krześle z założonymi rękami. Chłopak spojrzał na nią ze zrezygnowaniem. Z kim on się ożenił... Usiadł jak skazaniec na miejscu obok, wciąż rzucając wrogie spojrzenia na salę do której przybył nieznajomy.
- A więc? - rzucił zniecierpliwiony, zerkając na Ginny spod rzęs. Uśmiechnęła się smutno.
- Nie wiem jak zacząć... - Przeczesała nerwowym ruchem swoje rude włosy.
- Od początku, po prostu od początku.
Spojrzała na swojego męża.
Wdech i wydech. 
Teraz albo nigdy.
Przecież prawda nie powinna go tak zaboleć... prawda?
- Więc... zaczynając od początku. Pamiętasz  gdy w szkole wyszło na jaw to, że Hermiona chodzi z Draco?
Harry skinął głową. 
- Ale przecież...
- Nie przerywaj mi. Chciałeś wiedzieć wszystko, a żeby to było możliwe musisz mnie wysłuchać. Są rzeczy, o których nie miałeś zielonego pojęcia. Powracając nawet nie wiesz jak Hermiona to przeżywała. Wiedziała, że nie jest to właściwe. Bała się waszej reakcji, przez to mniej jadła, spała, powoli stawała się cieniem samej siebie. Draco próbował wszystkiego, ale nie potrafił jej pomóc. Choć usilnie się starał. Dla mnie to też był szok. Draco Malfoy troszczący się o kogoś innego niż on sam? Niemożliwe... a jednak prawdziwe. Ona go powoli zmieniała wiesz? Choć nikt nie widział tej zmiany, bądź nie chciał widzieć. Jednak dla uważnego obserwatora nie było to nic trudnego. Te gesty, lekkie uśmiechy, mniej ubliżające słowa, które z każdym dniem traciły swą moc oraz zawartą w nich pogardę i obojętność. Zmiana uczesania. - uśmiechnęła się na te słowa. - To właśnie przez Hermionę przestał ulizywać włosy i nakładać na nie tonę żelu by nic nie odstawało, to wszystko było za jej sprawą. A ona? Też się zmieniała. I nie, nie na gorsze. Na lepsze. Przestała się mądrzyć, zaczęła o wiele większą wartość przykładać do tego w czym chodzi ubrana, jak pomalowana - zaśmiała się cicho. - Bo przecież chciała się podobać chłopakowi prawda? I ten uśmiech. Już wcześniej się często uśmiechała, ale dzięki niemu ona wręcz emanowała szczęściem. Te roziskrzone oczy, zarumienione policzki... Nie widziałeś tego prawda? Nie zdawałeś sobie sprawy co się wokół dzieje, a byłeś przecież tak blisko. Byłeś jej najlepszym przyjacielem. Ale pocieszę cię. Też nie zdawałam sobie z niczego sprawy. Byłam ślepa na to co się działo dookoła. A działo się tak wiele! Wystarczyło się dokładniej przyjrzeć... I wtedy gdy Hermiona zaczęła mizernieć w oczach, zwalała to wszystko na nawał nauki, a my jak głupi wierzyliśmy w jej słowa... Nawet nie wiesz w jak wielkim szoku byłam gdy Draco do mnie przyszedł. Z początku go wyśmiałam, jego słowa do mnie nie docierały. Były absurdalne. Myślałam, że to kolejny jego głupi żart, by nas ośmieszyć. Wykpiłam go i odwróciłam się by odejść, jednak nie zatrzymał mnie po to by mnie zwyzywać, powiedział tylko, że gdy zmienię zdanie wiem gdzie go szukać. I odszedł. Bez żadnego słowa obrazy. Jednak po tej rozmowie, zaczęłam się im przyglądać, a głównie jej. Powoli dochodziło do mnie jak wiele mnie omijało. Ilu rzeczy nie widziałam. Jednak gdy wracałam po ciszy nocnej ze szlabanu, natknęłam się na nich praktycznie pod wierzą do naszego domu. Stali przytuleni do siebie, a Hermiona cicho szlochała. Dosłyszałam wtedy tylko jego cichy szept gdy mówił, że musi nam wreszcie powiedzieć. I tyle mi wystarczyło by spotkać się z nim następnego dnia. By mu uwierzyć i... i zaufać. Hermiona była w fatalnym stanie, a z dnia na dzień było coraz gorzej. Tak bardzo chciała wszystkim zawsze pomagać, uszczęśliwiać, że zapomniała w tym o najważniejszym, samej sobie. Bała się, że gdy się dowiecie to ją znienawidzicie. Odwrócicie się od niej... Wiesz kto puścił plotki o tym, że są razem? Ja. Miałam dość patrzenia jak się tym męczy każdego dnia. Jak już zdobywa się na odwagę by wam powiedzieć, a później jednak rezygnuje. Ta plotka to było najlepsze rozwiązanie. Nawet nie wiesz jak byłam szczęśliwa, gdy po prostu przyjąłeś to bez słowa i tylko ją przytuliłeś. To było najlepsze co mogłeś dla niej zrobić. Gorzej było z Ronem, no ale on zawsze był wybuchowy. Jednak i on się z tym pogodził. Owszem potrzebował czasu, jednak mniej niż na początku zakładałam. Zachowaliście się wtedy jak prawdziwi, najprawdziwsi przyjaciele. Widziałam jak z każdym dniem odżywa, a swoją energią zaraża też innych. A później... nadeszła wojna... która pochłonęła tyle istnień. I ta niespodziewana ciąża Hermiony... Nic wam nie powiedziała, bo nie chciała byście się przesadnie o nią martwili. Draco też nie wiedział... - zamilkła, przełykając gorzko ślinę i spojrzała na chłopaka siedzącego przy Hermionie. - Do teraz nie ma o niczym pojęcia... Miała mu powiedzieć po wojnie. Wierzyła, że oboje to przeżyją. Tak bardzo w to wierzyła... - jej szept odbijał się od ścian powodując nieznośną ciszę, przerywaną cichym szlochem Ginny. A Emily stała jak wmurowana wciąż oszołomiona nadmiarem wiadomości jakie teraz uzyskała. Jednak nie wiedziała, że był to dopiero początek. - A dalej już wiesz jak było... Zabranie Emily do siebie było jedynym co mogłam dla niej zrobić. Dla nich obu... wiesz ona jej nie pamięta... nawet nie wie, że ma dziecko Harry... A Emily nie wie kim są jej prawdziwi rodzice... - W tym czasie dziewczyna bezwiednie osunęła się po ścianie - Harry... to nie wina Draco, wszyscy myśleli że zrobił to specjalnie. Że specjalnie ją w sobie rozkochał by później zniszczyć doszczętnie. I wiem, że ty też tak uważałeś. Ale spójrz na niego... - Odwróciła głowę w stronę chłopaka, który cały czasz szeptał coś do Hermiony, a ona wydawała się być spokojniejsza niż zwykle. - Czy tak wygląda osoba, która zrobiłaby to specjalnie? Czy przychodziłby tu każdego dnia odkąd ona tu leży, błagając by się nie poddawała? Nie wydaje mi się. Tak nie robią osoby, którym nie zależy. Gdybyś widział Harry jak on na początku za nią płakał, jak nędznie wyglądał, podczas gdy ty bałeś się do niej przyjść, on katował się każdą wizytą żyjąc w przekonaniu, że to jego wina. Na jego oczach umiera osoba, którą kocha całym sercem, a ty się jeszcze pytasz co on tu robi? On z nas wszystkich ma największe prawo tu teraz być, on i Emily... - Spuściła wzrok. - Kiedyś musi się dowiedzieć i ona i on. Draco musi wiedzieć, że ma dla kogo jeszcze żyć, że ma córkę, a Emily... powinna wiedzieć. Należy jej się ta prawda. Przecież tyle razy pytała czemu nie wygląda jak my, a ja nie potrafiłam jej odpowiedzieć, za bardzo mnie to bolało... Jednak za każdym razem gdy na nią spojrzę widzę ich. Uśmiechniętych, szczęśliwych. Tak bardzo brakuje mi tego co było kiedyś... Tak bardzo mi jej brakuje. - Zaszlochała i wtuliła się w Harryego, a on w ciszy ją objął. Nie potrafił teraz znaleźć słów wyrażających co czuje. To fakt, nigdy nie próbował spojrzeć na ich związek inaczej niż przez pryzmat jakiegoś spisku uknutego przez Malfoya, a teraz... jaki on był głupi, tylu rzeczy nie dostrzegał, zbyt zaślepiony uprzedzeniami ranił swoją przyjaciółkę, a nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Teraz jednak było już za późno na przeprosiny. Miał swoją szansę, którą stracił, w najgorszy z możliwych sposobów i musiał się z tym pogodzić. 
Odsunął lekko Ginny od siebie i spojrzał jej w oczy.
- Kochanie... już chyba czas na nas. Zaprzepaściłem swoją szansę - wymusił na twarzy blady uśmiech. - A teraz wracajmy do domu... musimy przedstawić kogoś Emily.
Ginny spojrzała na niego szeroko otwartymi z niedowierzania oczami.
- Ty... ty mówisz tak naprawdę?
Jednak wiedziała, że już podjął decyzję. Zawsze wtedy miał taką zaciętą minę.
Podnieśli się z krzeseł, które przed chwilą zajmowali i skierowali do wyjścia, nieświadomi tego, że obserwowani są przez zdruzgotaną nastolatkę, do której wciąż nie docierało to czego się dowiedziała. Owszem chciała poznać prawdę, lecz nigdy nie przypuszczałaby, że będzie ona taka wstrząsająca. Powoli, podtrzymując się ściany stanęła na wciąż lekko drżących nogach.
Teraz albo nigdy.
I lekkim machnięciem różdżki zdjęła z siebie kamuflujące ją zaklęcia.
Odchrząknęła cicho, a oni jak na komendę spojrzeli w jej stronę, zastygając w niedowierzaniu i... strachu? Tak, to był strach. Bali się co może teraz zrobić. Śmieszne, dorośli którzy nie jedno w życiu przeszli, którzy walczyli w wojnie, ze strachem oczekiwali reakcji czternastolatki.
- Nie musicie już po mnie wracać do domu - powiedziała cicho i uśmiechnęła się blado, uporczywie wpatrując się gdzieś w punkt ponad nimi.
- Czy...czy ty ten no wszystko, tak? - wyjąkał Harry. Podniosła głowę, a ich oczy się spotkały. Dziewczyna już nie mogła dłużej powstrzymywać łez cisnących się jej do oczu. 
Nie wiadomo jak, ale po chwili stała już mocno obejmowana przez Harryego. Jednak nie tylko ona płakała. Ginny podeszła do nich uśmiechając się przez łzy.
- Kochamy cię wiesz Em? I wiemy też, że wszyscy zasługiwali na tę prawdę. Mamy... mamy tylko z Harrym nadzieję, że nas nie znienawidzisz. Zrozumiemy jeśli...
Jednak nie dokończyła bo Emily wtuliła się w nią mocno. Po chwili odzywając się cicho.
- Nie nienawidzę was... Wciąż jesteście dla mnie jak rodzice, jednak... jednak chciałabym ich poznać. A przynajmniej tatę, bo mama - spojrzała na nich uwarzenie. - Nie będzie mnie pamiętać prawda?
Ginny patrzyła na nią z niedowierzaniem, a radość jaką akurat w tej chwili czuła była nieopisana.
- Nie masz nam tego za złe? Że nie wiedziałaś od początku?
Pokręciła głową.
- Słyszałam wszystko co mówiliście i widzę w jakim oboje są stanie, wiem że robiliście to dla mojego dobra, w to nie wątpię. Tylko... czy mogłabym tam teraz do nich wejść?
Harry posłał pytające spojrzenie Ginny.
- Tak oczywiście. Nie mamy prawa Ci tego zabraniać kochanie. Poczekaj tylko chwilę dobrze? Musimy porozmawiać z Draco... Wszystko mu wyjaśnić. Dobrze?
- Tak, tak jasne idźcie i tak nigdzie mi się nie spieszy. - Uśmiechnęła się do nich i usiadła tak by mieć dobry widok na salę.
Widziała jak jej rodzice podchodzą do jej biologicznego taty i o czymś z nim rozmawiają. Zastanawiała się jakby wyglądało jej życie gdyby wychowywała się z nimi. Gdyby nigdy jej prawdziwa mama nie została potraktowana tyloma klątwami. Nie miała żalu do Harrego i Ginny. To jednak oni ją wychowali i kochała ich mimo wszystko, ale teraz znając prawdę naszła ją chęć dowiedzenia się o swoich prawdziwych rodzicach wszystkiego co tylko było możliwe. Czy mieli szlabany. W jakich domach byli. Z kim się przyjaźnili. I jak bardzo jest do nich podobna nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. Teraz przyglądając się im widziała, że oczy odziedziczyła po nich obu. Uśmiechnęła się na tą myśl. Jednak włosy, ten blond na pewno był po jej tacie... 
Z rozmyślań wyrwał ją głos Ginny.
- Emily choć już. 
Uśmiechała się do niej pocieszająco, a dziewczynie z każdym krokiem serce biło coraz mocniej. Zobaczyła jak jej rodzice wychodzą. Mimo wszystko dla niej zawsze będą rodzicami.
- A wy nie zostajecie?
- Poczekamy tutaj, musicie porozmawiać tak sami. Bez nas.
Wdech, wydech i po chwili weszła do przeraźliwie białego pomieszczenia.



20 lat później


Klęczała na mokrej ziemi, a w jej oczach ziała pustka. Starła ręką kurz i liście znajdujące się na kamiennej płycie. Na płycie, która chowała pod sobą dwóch wspaniałych ludzi.
- Mamo... tato... 
Głos odmówił jej posłuszeństwa, a ona spuściła głowę w dół.
Przed oczami zaczęły przelatywać jej wspomnienia, które tak bardzo pielęgnowała w swoim umyśle.

20 lat wcześniej... weszła do przeraźliwie białego pomieszczenia, a jej serce nigdy nie biło tak szybko jak wtedy. Niepewnie zrobiła krok w przód, rozejrzała się po pokoju aż wreszcie zobaczyła ich... Jej biologiczny ojciec siedział i kurczowo trzymał rękę jej mamy. Kiwał się w przód i w tył, a po jego policzkach płynęły łzy.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? Dlaczego? Kochanie...Tak bardzo cię kocham.. Gdyby, gdyby nie ja może miałabyś możliwość szczęśliwego życia ze swoją córką. Córką... zawsze chciałem mieć córkę. Moją księżniczkę, która byłaby podobna do ciebie. To ja tam powinienem zginąć, oberwać tymi klątwami. Ja nie ty. Ja. Ja...
Słuchała tego, a jej serce się krajało. Jej rodzice... los nie był im przychylny. W  żadnym wypadku.
Odchrząknęła cicho, a Draco zerwał się z krzesła jak oparzony. Stał tak i wpatrywał się w nią analizując każdy kawałek jej twarzy.
- Emily... - wyszeptał i upadł na kolana zanosząc się płaczem.

Wtedy też po raz pierwszy widziała ojca w takim stanie. Nie miała pojęcia zo zrobić, więc jedynie do niego podeszła i przytuliła, tak po prostu. Mówiąc, że już będzie dobrze. Uwierzył jej. Starał się żyć jak najlepiej, pozbierać się dla niej. Chciał jej dać to czego nie mógł wcześniej. Rozpieszczał ją, dawał prezenty, a przede wszystkim poświęcał jej cały swój czas, a mama...?
Znów wpadła w wir wspomnień.

Przyszła z tatą odwiedzić mamę. To był ich taki codzienny rytuał, którego nawet nie śmiali się zerwać. Siadali wtedy zawsze po obu stronach jej łóżka i opowiadali co działo się danego dnia i tego jednego dnia zmieniło się wszystko. Weszli do pomieszczenia jak zawsze, a w nim zobaczyli pełno medyków.
- Co się dzieje? - spytał ze strachem z Draco. 
- Stan ciężki, małe szanse ratunku. Nie wiemy co jej jest a nic nie działa. Ona umiera...
Powiedział na jednym wydechu któryś z medyków i wypadł z sali jak burza.
Emily i Draco nie mieli pojęcia co robić, mogli tylko siedzieć i patrzeć.
Gdy w końcu lekarze wyszli oznajmiając, że został jej najwięcej jeden dzień życia zostali całkiem sami. Podeszli załamani do łóżka. Draco nachylił się i pocałował ją delikatnie.
- Kocham cię... 
Wyszeptał.
I wtedy to się stało. Hermiona powoli uchyliła powieki. Nie budziła się już od miesięcy, a lekarze mówili, że graniczyłoby to z cudem. Popatrzyła na niego z tak wielkim uczuciem, że pod Emily ugięły się nogi, chciałaby żeby też kiedyś ktoś pokochał ją tak mocno jak kochali się rodzice.
- Kocham cię - wychrypiała ledwo słyszalnie, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy, ona jednak odwróciła głowę i spojrzała na Emily. Jej oczy na chwilę pojaśniały.
- Przepraszam... że mnie przy tobie nie było moja córeczko...
Po tym zdaniu oddech się jej urwał, a oczy zastygły w bezruchu.
Wtedy umarła Hermiona Granger, a wraz z nią psychicznie Draco Malfoy.

Spojrzała na ich grób.
- Kocham was... - szepnęła. - Dzięki wam zrozumiałam co to znaczy kogoś naprawdę kochać... zrobić dla niego wszystko i nie umieć bez niego żyć.



Koniec


______________________________



Czytacie -------> Komentujcie

Bardzo chciałabym poznać waszą opinię.